Trzecia osoba POV
Kiedy jej nogi swobodnie zwisały, a krew spływała z delikatnych nadgarstków, on przyszedł i uratował ją. Szybko podbiegł i ściągnął z sufitu.
- Co ty sobie, do cholery, myślałaś? - ciało spoczywało na jego piersi, dopóki nie była w stanie ponownie złapać oddechu.
Zaczęła płakać i odpychać go od siebie, wyciągnęła ręce w stronę lin raz jeszcze, ale ten trzymał ją zby mocno.
- Nie! Nie! Puść mnie! - kopała i krzyczała w jego uścisku.
- Posłuchaj mnie!
- Nie! Puść mnie, chcę umrzeć! - była chaotyczna, nie zauważyła, że była w jego ramionach.
- Cholera! - musiał ją jakoś uspokoić i jedynym sposobem, jaki przyszedł mu do głowy było spoliczkowanie.
Podniósł rękę i kiedy ta wciąż próbowała dosięgnąć liny, ten uderzył ją w lewy policzek.
Uderzenie było głośne i kiedy to zrobił, przyniosło to pożądany efekt. Przestała krzyczeć, wyrywać się, kopać, po prostu zamknęła się.
Odwróciła głowę w stronę osoby, która przywróciła jej prawidłowy tok myślenia.
Wstrzymała oddech i nie mogła uwierzyć, kto stał naprzeciw niej.
- Harry? - oddech jej wrócił, ale zaczął stawać się bardziej nierówny.
Jej oczy skanowały jego wygląd. Biała koszulka była brudna, czarne jeansy zakurzone, a brązowe buty miały dziury. Włosy miał w większym nieładzie niż kiedykolwiek, a szaleństwo w jego oczach było nadal widoczne.
- T-ty zabiłeś ich, prawda?! Ty chory skurwysynie, nienawidzę cię! - wyciągnęła ręce, aby go chwycić. Wszystko, co chciała zrobić, to rozerwać go na strzępy, nie był martwy, ale ona chciała dopilnować, aby tym razem okazało się to prawdą.
- Nie! Posłuchaj mnie! - złapał ją za nadgarstki, patrzyła na niego swoimi dużymi oczami.
- Nie zabiłem ich. Musisz mi uwierzyć. - był spokojny, pokazując, że jej nie okłamuje.
- Zabiłeś Johnny'ego, więc dlaczego nie miałbyś zabić też ich?! - szamotała się w jego uścisku, ale nie puścił jej. Jedną ręką trzymał jej oba krwawiące nadgarstki, drugą zaś złapał za twarz, aby mógł na nią spojrzeć. Im bardziej krzyczała, tym bardziej się o nią martwił. To było jak w tych filmach, gdzie główny bohater wrzeszczy, a druga osoba po prostu obserwuje ze zmarszczonymi brwiami jego zachowanie, ich krzyki zostają wyciszone, a wszystko, co można zrobić to patrzeć.
- Posłuchaj mnie! - jego głos rozbrzmiał w pustym domu. Zamilkła, twarz miała czerwoną od płaczu, patrzyła na niego.
- Nie zabiłem ich. Nigdy bym ci tego nie zrobił. Tak, zabiłem Johnny'ego, ale nigdy nawet nie kiwnąłbym palcem na twoją rodzinę.
- Więc kto to niby zrobił?! - nadgarstki zaczęły ją piec; nie w tym dobrym rodzaju pieczenia, który czuła wcześniej, tylko w tamtym momencie poczuła ból przechodzący przez całe ciało.
- Pamiętasz swojego małego przyjaciela Liama Payne'a?
- Tak, ale on nigdy nie byłby w stanie uciec i mówił, że nie zabiłby swojego przyjaciela, więc dlaczego do cholery miałby zabić moją rodzinę? - pamiętała ten dzień, w którym pierwszy raz spotkała chłopaka o szczenięcym wyrazie twarzy.
- Pomyśl o tym, porwałem cię i nie oglądałem się za siebie, nie pomyślałaś o tym, że mógł uciec? I nie wierz we wszystko, co ci mówią, kochanie. On też prawdopodobnie pragnął zemsty.
- Zemsty za co?! To nie ma sensu i chcę, żebyś odszedł! Zostaw mnie w spokoju! - próbowała wypchnąć go, jednak ten mocno ją przytulił pozwalając jej płakać.
- On nie jest przy zdrowych zmysłach Aubrey! Potrzebuje pomocy! Zabił ich dla ciebie! Kiedy powiedziałaś mu, dlaczego twoi rodzice wsadzili cię do psychiatryka, jego umysł zacząć sądzić, że zabijając ich, ty będziesz żyć w spokoju i nie będziesz musiała już tam nigdy wracać! - wykrzyczał jej prosto w twarz, oboje byli blisko twarzami do siebie. Toczyli między sobą wojnę na krzyki i żadne z nich nie zamierzało ustąpić.
- Nie jest przy zdrowych zmysłach?! A co z tobą Harry? Co?! Nie uważasz, że tobie też brakuje paru śrub?! - wszystkie swoje myśli powiedziała mu prosto w oczy.
- Tu nie chodzi o mnie! Tu chodzi o ciebie i twoją rodzinę! - starał się nie być na radarze, ale oczywiście ona miała inny zamiar.
- Ja i jaka rodzina Harry?! Nic mi nie pozostało! Nie widzisz, że nie pasuję tutaj... - jej oczy zaszły słonymi łzami, jednak była dość silna, aby je powstrzymać.
- Chodź ze mną. - zaczął.
- Co? Nie. - odparła.
- Aubrey, chcesz, aby wszyscy, których kochasz zostali zamordowani na twoich oczach? Chcesz, aby ludzie, których kochasz, umarli? - przełknęła ślinę i pokręciła głową. Nie chce spowodować żadnej szkody. Wolałaby umrzeć, niż na to pozwolić.
- Więc obiecuję ci z całego serca i całą moją miłością, którą cię darzę, że do tego nie dojdzie. - złapał jej zalaną łzami twarz w swoje dłonie i patrzył na nią z miłością widoczną w jego oczach.
- Jeśli pójdziesz ze mną nikt nie umrze, tak długo, jak tu zostaniesz, tym gorzej będzie. Wiem, że wydaję się być złym facetem, ale nigdy nie chciałem nim być. Chciałbym być facetem, w którym się zakochasz. Tym, który przytuli cię w środku nocy i powie, jak bardzo cię kocha. Chciałbym czuć twoją miłość do mnie. Wiem, że teraz to się nie stanie, ale chcę, abyś była bezpieczna. Jeśli ze mną wrócisz, obiecuję, że nie będzie więcej przemocy, krzyków i nie będę cię trzymał w zamknięciu. - jej ciało było słabe, kolana ugięły się na jego słowa, nie wiedziała, co zrobić. Jeśli zostanie to Liam zabije wszystkich, a w końcu także i ją. Tak, to jest to, czego chciała, ale wie, że zrobiłby to w okrutny sposób. Nie wiedziała jednak, czy Harry nie złamie swojej obietnicy i będzie ją znowu źle traktował.
- Nie skrzywdzę cię jak kiedyś to robiłem, jak wszyscy to robili. - jej dolna warga drżała, wierzyła mu.
- Okej. - jej głos załamał się, kiedy przyjęła jego ofertę.
Posadził ją i wyciągnął bandaże, aby opatrzyć jej nadgarstki. Dlaczego nosił je w kieszeniach? Nie wiedziała.
Klęknął na dywanie, kiedy usiadła na kanapie i owinął oba nadgarstki bandażami, upewniając się, że krew przestała lecieć.
Kiedy skończył, spojrzał na nią, podszedł i owinął ramiona wokół jej ciała. Była niechętna, ale wtedy i ona owinęła rękoma jego ciało, koszulka została zabarwiona łzami, ale ten trzymał ją mocno.
Kiedy byli w samochodzie, zapięła pasy i patrzyła jak Harry ładuje ostatni bagaż do tyłu. Nie mogła uwierzyć w to, co robiła.
Usiadł na siedzeniu kierowcy i jeszcze raz sprawdził, czy była zapięta po czym zablokował samochód od środka. Natychmiast odwróciła się twarzą w jego stronę. Uśmiechnął się do niej złośliwie.
Okłamał ją.
____________________________________________________________________
A już było tak słodko! Co tu się wyprawia!
Spodziewałyście się czegoś takiego? Ja... Nie wiem, co powiedzieć. :o
niedziela, 14 grudnia 2014
piątek, 12 grudnia 2014
CHAPTER 23
~
Kiedy była dzieckiem, zawsze chciała być artystką. Rysowała po ścianach kredkami i bazgrała po szkolnych książkach niezmywalnymi mazakami, malowała twarz farbkami wodnymi wszystkimi siedmioma kolorami tęczy, jednak nie bardzo wiedziała, że kiedy dorośnie, zostanie artystką, która będzie rysować żyletką po udach, a jej rozbite wspomnienia wpłyną na kruchy umysł.
~
- Mamo? - widziałam, jak siada na trawie, patrząc na jego nagrobek. Jej oczy były bez życia, czytając nazwisko na kamieniu.
- Wszystko będzie dobrze mamo. - pogłaskałam ją po plecach, kiedy łzy smutku zaczęły spływać z jej oczu.
Żałuję, że z nim walczyłam. Powinnam być mu wdzięczna za całe moje życie. Był moim tatą i nie ważne, jak wiele razy staczaliśmy ze sobą wojny, kochałam go. Teraz wracam do domu, w którym nie ma wściekłego ojca czekającego na wysłuchanie moich wyjaśnień. Nie było nikogo i moje serce rozpada się, myśląc o tym.
Moje życie jest katastrofą, to huragan czekający, aby się zatrzymać i ja czekam, aż się zatrzyma, a wtedy będę mogła się zebrać.
Kiedy obie wsiadamy do auta, odwracam się, aby spojrzeć na miejsce, gdzie leży Harry i zauważam, że czerwone róże, które położyłam tamtego dnia, zrobiły się czarne i nie ma w nich ani krzty życia, słońce wyssało z nich całe piękno. Kiedy patrzę na jego grób, widzę poruszający się cień za posągiem, moje oczy ruszały się za postacią zmyślonej osoby, ale było za późno, abym mogła zobaczyć, kto to. Mój strach powraca, więc odjeżdżam z wciąż płaczącą matką.
- Chcesz czegoś mamo? - spoglądam na nią i zauważam jej czerwone, spuchnięte oczy patrzące przez okno.
- Nie. - jej odpowiedź jest krótka, bez żadnych emocji i rozumiem to. Wysiadam z auta i idę do sklepu, zostaję przy piwie i frytkach, nie jestem w nastroju na "normalne" jedzenie, a alkohol jest w tym momencie moim najlepszym przyjacielem. Płacę i zaważam tego samego chłopaka przy kasie i tym razem czytam jego imię napisane na plakietce, które brzmi: "Louis".
- Więc jak się masz? - przykuwa moją uwagę.
- Strzelam, że nie najlepiej. - kiwa głową i wkłada piwo i frytki do torby po czym podaje mi ją. Szczerze mówiąc, dla mnie nie wygląda na kasjera, wygląda na modela, ale może tylko ja tak myślę.
Patrzę na miejsce, w którym zaparkowałam samochód, ale im dłużej patrzę, tym bardziej zaczynam panikować, bo nie widzę mojego starego auta. Szybko rozglądam się po parkingu, ale nic nie widzę. Zostawiła mnie tutaj? Nie, nie mogłaby, nigdy by tego nie zrobiła. Wracam s powrotem do sklepu.
- Hej, umm, Louis, masz może telefon?
Trzecia osoba POV
- Jakieś ostatnie słowo pani Evans? - zaczęła drżeć, kiedy znalazła się sama zamknięta z nieznajomym w samochodzie swojej córki.
- Kim jesteś? - bała się, jednak postanowiła zapytać.
- Nie musisz wiedzieć. Teraz policzę do trzech i sumie to będzie koniec...
Zamknęła oczy, czując broń przykładaną do jej czoła.
'Przynajmniej znowu z nim będę' pomyślała i jednej sekundzie broń wystrzeliła. Jej twarz pokryła się czerwienią, to był zbyt okropny widok, aby go opisać.
Uśmiechał się zwycięsko, kiedy wyszedł z auta, w którym był ze swoim sojusznikiem i rzucił nim o maskę. Serwetką oczyścił broń i schował ją w tylnej kieszeni swoich jeansów.
Był gotów ją znaleźć.
Możesz się zastanawiać, kto jest tą osobą, ale kiedy się dowiesz, będziesz w szoku.
*
*
*
*
- Ugh, nie odpowiada! - wrzeszczę wkurzona na własną matkę.
- Może po prostu wybrała się na spacer po parku czy coś. - patrzę na niego i analizując te słowa, stwierdzam, jak głupio to zabrzmiało.
- Taaak, bo przecież 47-letnia kobieta, która właśnie straciła męża i wypłakuje przez to oczy tak po prostu wzięła samochód, aby pospacerować po parku. - odpowiadam sarkastycznie, na co ten tylko wzrusza ramionami.
- Koniec tego, dzwonię na policję, nie mogę tak po prostu tu stać czy czekać. - wybieram 911 na wielkim, białym telefonie Louis'a i wyjaśniam im, co się stało.
- Nie martw się, z twoją mamą wszystko jest w porządku. - Louis głaszcze mnie po plecach, próbując pocieszyć, jednak im bardziej myślę o tej sytuacji, tym gorsza się ona staje w mojej głowie. To znaczy, dlaczego miałaby chcieć odjechać? Albo co jeśli ktoś ją porwał? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, co jeśli oni też ją zabiją? Co jeśli zostałam zupełnie sama? Pytania zaczęły gromadzić się w mojej głowie i prędzej czy później samochody policyjne pojawiają się na miejscu.
- Panno Evans, dostaliśmy informację o zaginięciu samochodu i osoby, czy to prawda? - kiwam głową.
- Więc, mamy ludzi przeszukujących całe miasto i- - zatrzymuje się, gdy drugi policjant wchodzi, trzymając notes i długopis.
- Szefie, znaleźliśmy ją. - patrzy na mnie bez emocji. I wtedy już wiedziałam.
Straciłam wszystko.
- Panno Evan- - zaczynam potrząsać głową.
- Nie. Nie, to się nie dzieje. - idę w stronę drzwi.
- Panno Evans, proszę pozwolić nam-
- Powiedziałam nie! Nie chcę wiedzieć! - przeciskam się przez sklep i zaczynam biec, ignorując ich wołanie. Łzy zaczynają mi lecieć, moja długa, czarna spódnica staje się przemoknięta od mokrej powierzchni. Ona odeszła... On odszedł... Zostałam sama. Nie chcę nikogo słuchać, nie chcę być blisko nikogo, nie chcę być pocieszana. Chcę zostać sama.
Opieram się o słup uliczny łapiąc oddech, łzy pieką moje oczy.
- Dlaczego, Boże, dlaczego? - załamuję się, w końcu dając upust wszystkim emocjom.
- Dlaczego?! - ulice są puste, więc mój krzyk odbija się echem.
- Wszystko będzie dobrze... - mówię sama do siebie.
Zaczynam iść i mija 20 minut, kiedy w końcu staję twarzą w twarz z moim teraz pustym domem. Otwieram drzwi, w środku jest ciemno i cicho, ale nie dbam o to. Nic się dla mnie nie liczy, skończyłam z życiem. Wchodzę po schodach do pokoju, aby znaleźć ciemność, szeroko otwarte okno wpuszcza nocne powietrze.
- Dlaczego do diabła to wszystko spotkało właśnie mnie?! - chwytam swoje biurko rzucając nim. Wszystkie moje rysunki, perfumy i lampka upadają. Wcześniej czy później moja sypialnia zostaje zniszczona, ramki do zdjęć to porozbijane, mały ekran telewizora popękany, moja biała szafa leży teraz na podłodze. Widzę srebrną żyletkę na podłodze i z pulsującą krwią chwytam ją. Pamiętam pierwszy raz, kiedy jej użyłam. Czułam się tak dobrze, spływająca krew ze świeżo otwartej rany. To pomagało mi zapomnieć o wszystkim. Mogłam uspokoić swoje myśli. Patrzę na rzecz w swojej dłoni i w jednym ruchem czuję to znowu na mojej skórze, wgłębia się w nią i czuję świeże odsłonięte cięcie, co pozwala na swobodne sączenie się krwi.
Opuszczam zniszczoną część domu i biegnę do ogrodu. Wchodzę do kanciapy mojego taty i znajduję długie, brązowe liny.
- Nie będę już więcej cierpieć... - wiążę koniec liny w okrąg, wystarczająco duży, aby pasował na moją głowę i wracam prosto do salonu, gdzie znajduję meble w stylu mojej mamy, których pamiętam, jak nienawidziłam, jednak ona nigdy by tu nie zamieszkała, gdyby nie mogła urządzić domu tam, jak chce.
Rzucam linę na jedną z drewnianych belek przy suficie i szybko chwytam krzesło, wchodzę na nie i zawiązuję linę, teraz jestem z nią twarzą w twarz. Myślę nad moim życiem przez ostatni moment i decyduję, że to dla mnie koniec.
Chwytam linę i wkładam ją przez głowę.
- Znowu będę szczęśliwa.
Skopuję krzesło pode mną, teraz blizny na moich nadgarstkach kapią krwią, a nogi bezwładnie zwisają.
_______________________________________________________
Jak myślicie, kto zabił matkę Aubrey?
Kiedy była dzieckiem, zawsze chciała być artystką. Rysowała po ścianach kredkami i bazgrała po szkolnych książkach niezmywalnymi mazakami, malowała twarz farbkami wodnymi wszystkimi siedmioma kolorami tęczy, jednak nie bardzo wiedziała, że kiedy dorośnie, zostanie artystką, która będzie rysować żyletką po udach, a jej rozbite wspomnienia wpłyną na kruchy umysł.
~
- Mamo? - widziałam, jak siada na trawie, patrząc na jego nagrobek. Jej oczy były bez życia, czytając nazwisko na kamieniu.
- Wszystko będzie dobrze mamo. - pogłaskałam ją po plecach, kiedy łzy smutku zaczęły spływać z jej oczu.
Żałuję, że z nim walczyłam. Powinnam być mu wdzięczna za całe moje życie. Był moim tatą i nie ważne, jak wiele razy staczaliśmy ze sobą wojny, kochałam go. Teraz wracam do domu, w którym nie ma wściekłego ojca czekającego na wysłuchanie moich wyjaśnień. Nie było nikogo i moje serce rozpada się, myśląc o tym.
Moje życie jest katastrofą, to huragan czekający, aby się zatrzymać i ja czekam, aż się zatrzyma, a wtedy będę mogła się zebrać.
Kiedy obie wsiadamy do auta, odwracam się, aby spojrzeć na miejsce, gdzie leży Harry i zauważam, że czerwone róże, które położyłam tamtego dnia, zrobiły się czarne i nie ma w nich ani krzty życia, słońce wyssało z nich całe piękno. Kiedy patrzę na jego grób, widzę poruszający się cień za posągiem, moje oczy ruszały się za postacią zmyślonej osoby, ale było za późno, abym mogła zobaczyć, kto to. Mój strach powraca, więc odjeżdżam z wciąż płaczącą matką.
- Chcesz czegoś mamo? - spoglądam na nią i zauważam jej czerwone, spuchnięte oczy patrzące przez okno.
- Nie. - jej odpowiedź jest krótka, bez żadnych emocji i rozumiem to. Wysiadam z auta i idę do sklepu, zostaję przy piwie i frytkach, nie jestem w nastroju na "normalne" jedzenie, a alkohol jest w tym momencie moim najlepszym przyjacielem. Płacę i zaważam tego samego chłopaka przy kasie i tym razem czytam jego imię napisane na plakietce, które brzmi: "Louis".
- Więc jak się masz? - przykuwa moją uwagę.
- Strzelam, że nie najlepiej. - kiwa głową i wkłada piwo i frytki do torby po czym podaje mi ją. Szczerze mówiąc, dla mnie nie wygląda na kasjera, wygląda na modela, ale może tylko ja tak myślę.
Patrzę na miejsce, w którym zaparkowałam samochód, ale im dłużej patrzę, tym bardziej zaczynam panikować, bo nie widzę mojego starego auta. Szybko rozglądam się po parkingu, ale nic nie widzę. Zostawiła mnie tutaj? Nie, nie mogłaby, nigdy by tego nie zrobiła. Wracam s powrotem do sklepu.
- Hej, umm, Louis, masz może telefon?
Trzecia osoba POV
- Jakieś ostatnie słowo pani Evans? - zaczęła drżeć, kiedy znalazła się sama zamknięta z nieznajomym w samochodzie swojej córki.
- Kim jesteś? - bała się, jednak postanowiła zapytać.
- Nie musisz wiedzieć. Teraz policzę do trzech i sumie to będzie koniec...
Zamknęła oczy, czując broń przykładaną do jej czoła.
'Przynajmniej znowu z nim będę' pomyślała i jednej sekundzie broń wystrzeliła. Jej twarz pokryła się czerwienią, to był zbyt okropny widok, aby go opisać.
Uśmiechał się zwycięsko, kiedy wyszedł z auta, w którym był ze swoim sojusznikiem i rzucił nim o maskę. Serwetką oczyścił broń i schował ją w tylnej kieszeni swoich jeansów.
Był gotów ją znaleźć.
Możesz się zastanawiać, kto jest tą osobą, ale kiedy się dowiesz, będziesz w szoku.
*
*
*
*
- Ugh, nie odpowiada! - wrzeszczę wkurzona na własną matkę.
- Może po prostu wybrała się na spacer po parku czy coś. - patrzę na niego i analizując te słowa, stwierdzam, jak głupio to zabrzmiało.
- Taaak, bo przecież 47-letnia kobieta, która właśnie straciła męża i wypłakuje przez to oczy tak po prostu wzięła samochód, aby pospacerować po parku. - odpowiadam sarkastycznie, na co ten tylko wzrusza ramionami.
- Koniec tego, dzwonię na policję, nie mogę tak po prostu tu stać czy czekać. - wybieram 911 na wielkim, białym telefonie Louis'a i wyjaśniam im, co się stało.
- Nie martw się, z twoją mamą wszystko jest w porządku. - Louis głaszcze mnie po plecach, próbując pocieszyć, jednak im bardziej myślę o tej sytuacji, tym gorsza się ona staje w mojej głowie. To znaczy, dlaczego miałaby chcieć odjechać? Albo co jeśli ktoś ją porwał? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, co jeśli oni też ją zabiją? Co jeśli zostałam zupełnie sama? Pytania zaczęły gromadzić się w mojej głowie i prędzej czy później samochody policyjne pojawiają się na miejscu.
- Panno Evans, dostaliśmy informację o zaginięciu samochodu i osoby, czy to prawda? - kiwam głową.
- Więc, mamy ludzi przeszukujących całe miasto i- - zatrzymuje się, gdy drugi policjant wchodzi, trzymając notes i długopis.
- Szefie, znaleźliśmy ją. - patrzy na mnie bez emocji. I wtedy już wiedziałam.
Straciłam wszystko.
- Panno Evan- - zaczynam potrząsać głową.
- Nie. Nie, to się nie dzieje. - idę w stronę drzwi.
- Panno Evans, proszę pozwolić nam-
- Powiedziałam nie! Nie chcę wiedzieć! - przeciskam się przez sklep i zaczynam biec, ignorując ich wołanie. Łzy zaczynają mi lecieć, moja długa, czarna spódnica staje się przemoknięta od mokrej powierzchni. Ona odeszła... On odszedł... Zostałam sama. Nie chcę nikogo słuchać, nie chcę być blisko nikogo, nie chcę być pocieszana. Chcę zostać sama.
Opieram się o słup uliczny łapiąc oddech, łzy pieką moje oczy.
- Dlaczego, Boże, dlaczego? - załamuję się, w końcu dając upust wszystkim emocjom.
- Dlaczego?! - ulice są puste, więc mój krzyk odbija się echem.
- Wszystko będzie dobrze... - mówię sama do siebie.
Zaczynam iść i mija 20 minut, kiedy w końcu staję twarzą w twarz z moim teraz pustym domem. Otwieram drzwi, w środku jest ciemno i cicho, ale nie dbam o to. Nic się dla mnie nie liczy, skończyłam z życiem. Wchodzę po schodach do pokoju, aby znaleźć ciemność, szeroko otwarte okno wpuszcza nocne powietrze.
- Dlaczego do diabła to wszystko spotkało właśnie mnie?! - chwytam swoje biurko rzucając nim. Wszystkie moje rysunki, perfumy i lampka upadają. Wcześniej czy później moja sypialnia zostaje zniszczona, ramki do zdjęć to porozbijane, mały ekran telewizora popękany, moja biała szafa leży teraz na podłodze. Widzę srebrną żyletkę na podłodze i z pulsującą krwią chwytam ją. Pamiętam pierwszy raz, kiedy jej użyłam. Czułam się tak dobrze, spływająca krew ze świeżo otwartej rany. To pomagało mi zapomnieć o wszystkim. Mogłam uspokoić swoje myśli. Patrzę na rzecz w swojej dłoni i w jednym ruchem czuję to znowu na mojej skórze, wgłębia się w nią i czuję świeże odsłonięte cięcie, co pozwala na swobodne sączenie się krwi.
Opuszczam zniszczoną część domu i biegnę do ogrodu. Wchodzę do kanciapy mojego taty i znajduję długie, brązowe liny.
- Nie będę już więcej cierpieć... - wiążę koniec liny w okrąg, wystarczająco duży, aby pasował na moją głowę i wracam prosto do salonu, gdzie znajduję meble w stylu mojej mamy, których pamiętam, jak nienawidziłam, jednak ona nigdy by tu nie zamieszkała, gdyby nie mogła urządzić domu tam, jak chce.
Rzucam linę na jedną z drewnianych belek przy suficie i szybko chwytam krzesło, wchodzę na nie i zawiązuję linę, teraz jestem z nią twarzą w twarz. Myślę nad moim życiem przez ostatni moment i decyduję, że to dla mnie koniec.
Chwytam linę i wkładam ją przez głowę.
- Znowu będę szczęśliwa.
Skopuję krzesło pode mną, teraz blizny na moich nadgarstkach kapią krwią, a nogi bezwładnie zwisają.
_______________________________________________________
Jak myślicie, kto zabił matkę Aubrey?
poniedziałek, 1 grudnia 2014
CHAPTER 22
Aubrey POV
- Niech ten młody człowiek spoczywa w pokoju. Amen. - po tym, jak ksiądz wygłosił swoją godzinną przemowę, w końcu przeszliśmy do części, w której nadszedł czas, aby pochować ciało Harry'ego.
Jego zamknięta trumna była długa i czarna. Czerwone róże położone były na wieku trumny, służyły za dekorację. Stałam tam z rodzicami, nie wypuszczając ani jednej łzy. Nie zrozumcie mnie źle, nie cieszę się jego śmiercią, cieszę się, bo w końcu uciekłam z jego brudnych łapsk i zielonych oczu, które wciąż na sobie czuję, jednak wiem, że nie żyje.
Kiedy zaczęli spuszczać trumnę do grobu, zaczęłam przeszukiwać swoją torebkę w drodze do samochodu. Odkąd wróciłam do rodziców, nasze relacje nie stały się zdrowsze, wciąż przez większość czasu się z nimi spieram, a rodzice Johnny'ego są załamani przez wieści, jakie przekazałam im na temat ich syna. Skończyli burzyć stary, niebieski dom Harry'ego i zabrali ciało Johnny'ego spod brudnego domu. Wciąż siedzę i myślę nad tym, co mam teraz zrobić ze swoim życiem.
Minęły 2 tygodnie, które zdecydowanie mi wystarczyły dla tej całej szopki. Codziennie moi rodzice pytali, czy wszystko u mnie w porządku, myśląc, że jestem szalona, z powodu nieszczęść, jakie spotkały mnie w poprzednich tygodniach. Ale wszystko jest dobrze, wiem, że jest. Czasami, gdy słyszę jakieś dźwięki w nocy, nie będę kłamać, jestem przerażona myślą, że mógł wrócić, jednak muszę w końcu zrozumieć, że mam paranoję, ale uporam się z tym.
Kiedy prowadzę samochód, który dostałam od taty na 16-ste urodziny, słyszę, jak w radiu leci piosenka Stevie Wonder'a.
- I just called to say I love you and I mean it from the buttom of my-
Natychmiast wyłączam radio, przypominając sobie, jak on śpiewał tą piosenkę, szukając mnie.
Samochody za mną zaczynają trąbić z powodu mojej niebezpiecznej jazdy. Biorę wdech i tym razem na poważnie zaczynam jechać ku mojemu przeznaczeniu.
Parkuję pod monopolowym, wysiadam bezpiecznie z auta i dokładnie zamykam drzwi. Kiedy wchodzę, dźwięk dzwonka informuje o nowym kliencie. Idę prosto do działu z alkoholami i chwytam butelkę taniej wódki. Chcę, aby on zniknął z mojej głowy.
- To będzie wszystko? - pyta chłopak w moim wieku pracujący na kasie. Miał brązowe włosy i niebieskie oczy, wyglądał naprawdę dobrze, ale ja nie chcę być miła dla kogokolwiek dzisiaj, dlatego tylko kiwnęłam.
- Hey, ty jesteś Aurbey, prawda? Ta, która została porwana przez tego kolesia, Harry'ego Stylesa? - pyta mnie. Moja twarz zrobiła się blada, zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy wiedzą, co wydarzyło się w moim życiu.
-Taa. - uśmiecha się smutno do mnie i podaje siatkę, którą kupiłam. Biorę ją i szybko daję się do drzwi.
- Po prostu wiem, że to wszystko masz już za sobą. - krzyczy. Odwracam głowę i uśmiecham się lekko. Może mogę wrócić do swojego wcześniejszego życia i rozpocząć studia jesienią, może moje życie wróci do normy, może powrócę do starej Aubrey. Może.
Wracam do samochodu, a moja paranoja powraca. Sprawdzam tylne siedzenia, upewniając się, że nikogo ze mną nie ma. Wzdycham z frustracją i opieram głowę o kierownicę, starając się uspokoić.
Jego ciało opadło na ziemię ukazując ranę w plecach. Jego oczy wciąż były otwarte, kiedy nie żył. Jego wzrok był skierowany na mnie, ale wiedziałam, że odszedł z tego świata. Wstrzymywałam oddech i patrzyłam na jego zranioną duszę. Nie był człowiekiem. Był duszą uwięzioną w ludzkim ciele. Był dręczony przez swoje emocje i właśnie to do tego wszystkiego doprowadziło. Martwy człowiek z duszą, która została uwolniona.
Kiedy nieśli jego ciało, widziałam, jak jego usta wykrzywiają się w zatruty uśmiech.
Usiadłam na fotelu kierowcy, pot cieknie mi po czole, moje gardło pragnie czegoś do picia.
To był tylko sen.
Szeptałam sama do siebie, abym się uspokoiła. Nie uśmiechał się. Nie uśmiechał. To wszystko było tylko w mojej głowie. On umarł, widziałam to. Uspokajam oddech i jadę przez ciemne ulice, dopóki nie znajduję swojego domu i parku przy drodze.
- Skarbie, gdzieś ty się podziewała? - moja matka pyta, siadając na kanapie i pouczając mnie.
- Poszłam do monopolowego.
Nie uwierzyła mi, widzę to po sposobie, w jaki patrzy na mój wygląd.
- Mam zamiar pójść do sklepu spożywczego. Och, tata jest na podwórku w ogrodzie, więc nie przejmuj się nim, wiesz jaki jest w stosunku do swoich roślin. - złapała swoja listę zakupów i udała się w kierunku drzwi, następnie szybko je zamykając.
Poszłam do swojego swojego pokoju i wyciągnęłam wódkę z torebki, otworzyłam ją i wzięłam łyk ognistego płynu. Kiedy patrzę na siebie w lustrze, widzę cień ręki, więc odwracam się w stronę okna i zauważam, że to tylko gałąź drzewa.
Kręcę głową ze złością, myślę, że chyba powinnam wrócić do szpitala psychiatrycznego. Siadam na rogu łóżka i biorę kolejne łyki. Nie przestaję dopóki butelka nie zostaje pusta.
Pokój wygląda, jakby się trochę kręcił i nic nie mogę poradzić na to, że zaczynam chichotać. Widzę, jakbym miała 5 rąk, kiedy na nie patrzę. Moje ciało pada na dywan i oglądam księżyc wpadający przez okno do mojego pokoju. Czuję się niewygodnie w kurtce, więc ją ściągam jak i buty, ale wciąż się śmieję i nic nie mogę na to poradzić. Alkohol przejął kontrolę nad całym moim ciałem i podoba mi się to.
Słyszę zbliżające się kroki i automatycznie wczołgam się pod łóżko, aby się schronić.
- Aubrey? Co ty-, co do-? - chwyta butelkę i wzdycha z frustracją, wiedząc, że jestem pijana.
- Aubrey, dlaczego jesteś pijana? Wiem, że wciąż jesteś... - oglądam, jak czarna postać podchodzi do niego od tyłu i zaczynam panikować.
- Tato. - nadal kontynuuje swoje przemówienie.
- T-tato? - widzę, jak czarna postać wyciąga nóż i przeszywa nim mojego ojca.
Alkohol nie pozwala mi wstać i wierzę, że to wszystko to wciąż halucynacje.
*
*
*
*
*
Obudziłam się z okropnym bólem głowy, słysząc krzyk mamy. Nic nie pamiętam i czuję, jak wódka "wraca". Biegnę do toalety i wymiotuję, dopóki się tym nie męczę.
- Aubrey?!
- Aybrey?! - wbiega moja mama z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Co jest? Zapomniałaś kupić płatki zbożowe czy...? - pytam, wiedząc, że przesadza z czymś głupim.
Nie odpowiedziała i ciągnie mnie w dół po schodach, gdy staram się ją zatrzymać. Kiedy schodzimy widzę, że drzwi ogrodowe mojego taty są otwarte, zatrzymuje się, kiedy wchodzimy. Widzę mojego tatę. Lina zdobi jego szyję, ciało zwisa z sufitu.
- Co do diabła.
___________________________________________________
- Niech ten młody człowiek spoczywa w pokoju. Amen. - po tym, jak ksiądz wygłosił swoją godzinną przemowę, w końcu przeszliśmy do części, w której nadszedł czas, aby pochować ciało Harry'ego.
Jego zamknięta trumna była długa i czarna. Czerwone róże położone były na wieku trumny, służyły za dekorację. Stałam tam z rodzicami, nie wypuszczając ani jednej łzy. Nie zrozumcie mnie źle, nie cieszę się jego śmiercią, cieszę się, bo w końcu uciekłam z jego brudnych łapsk i zielonych oczu, które wciąż na sobie czuję, jednak wiem, że nie żyje.
Kiedy zaczęli spuszczać trumnę do grobu, zaczęłam przeszukiwać swoją torebkę w drodze do samochodu. Odkąd wróciłam do rodziców, nasze relacje nie stały się zdrowsze, wciąż przez większość czasu się z nimi spieram, a rodzice Johnny'ego są załamani przez wieści, jakie przekazałam im na temat ich syna. Skończyli burzyć stary, niebieski dom Harry'ego i zabrali ciało Johnny'ego spod brudnego domu. Wciąż siedzę i myślę nad tym, co mam teraz zrobić ze swoim życiem.
Minęły 2 tygodnie, które zdecydowanie mi wystarczyły dla tej całej szopki. Codziennie moi rodzice pytali, czy wszystko u mnie w porządku, myśląc, że jestem szalona, z powodu nieszczęść, jakie spotkały mnie w poprzednich tygodniach. Ale wszystko jest dobrze, wiem, że jest. Czasami, gdy słyszę jakieś dźwięki w nocy, nie będę kłamać, jestem przerażona myślą, że mógł wrócić, jednak muszę w końcu zrozumieć, że mam paranoję, ale uporam się z tym.
Kiedy prowadzę samochód, który dostałam od taty na 16-ste urodziny, słyszę, jak w radiu leci piosenka Stevie Wonder'a.
- I just called to say I love you and I mean it from the buttom of my-
Natychmiast wyłączam radio, przypominając sobie, jak on śpiewał tą piosenkę, szukając mnie.
Samochody za mną zaczynają trąbić z powodu mojej niebezpiecznej jazdy. Biorę wdech i tym razem na poważnie zaczynam jechać ku mojemu przeznaczeniu.
Parkuję pod monopolowym, wysiadam bezpiecznie z auta i dokładnie zamykam drzwi. Kiedy wchodzę, dźwięk dzwonka informuje o nowym kliencie. Idę prosto do działu z alkoholami i chwytam butelkę taniej wódki. Chcę, aby on zniknął z mojej głowy.
- To będzie wszystko? - pyta chłopak w moim wieku pracujący na kasie. Miał brązowe włosy i niebieskie oczy, wyglądał naprawdę dobrze, ale ja nie chcę być miła dla kogokolwiek dzisiaj, dlatego tylko kiwnęłam.
- Hey, ty jesteś Aurbey, prawda? Ta, która została porwana przez tego kolesia, Harry'ego Stylesa? - pyta mnie. Moja twarz zrobiła się blada, zdając sobie sprawę z tego, że wszyscy wiedzą, co wydarzyło się w moim życiu.
-Taa. - uśmiecha się smutno do mnie i podaje siatkę, którą kupiłam. Biorę ją i szybko daję się do drzwi.
- Po prostu wiem, że to wszystko masz już za sobą. - krzyczy. Odwracam głowę i uśmiecham się lekko. Może mogę wrócić do swojego wcześniejszego życia i rozpocząć studia jesienią, może moje życie wróci do normy, może powrócę do starej Aubrey. Może.
Wracam do samochodu, a moja paranoja powraca. Sprawdzam tylne siedzenia, upewniając się, że nikogo ze mną nie ma. Wzdycham z frustracją i opieram głowę o kierownicę, starając się uspokoić.
Jego ciało opadło na ziemię ukazując ranę w plecach. Jego oczy wciąż były otwarte, kiedy nie żył. Jego wzrok był skierowany na mnie, ale wiedziałam, że odszedł z tego świata. Wstrzymywałam oddech i patrzyłam na jego zranioną duszę. Nie był człowiekiem. Był duszą uwięzioną w ludzkim ciele. Był dręczony przez swoje emocje i właśnie to do tego wszystkiego doprowadziło. Martwy człowiek z duszą, która została uwolniona.
Kiedy nieśli jego ciało, widziałam, jak jego usta wykrzywiają się w zatruty uśmiech.
Usiadłam na fotelu kierowcy, pot cieknie mi po czole, moje gardło pragnie czegoś do picia.
To był tylko sen.
Szeptałam sama do siebie, abym się uspokoiła. Nie uśmiechał się. Nie uśmiechał. To wszystko było tylko w mojej głowie. On umarł, widziałam to. Uspokajam oddech i jadę przez ciemne ulice, dopóki nie znajduję swojego domu i parku przy drodze.
- Skarbie, gdzieś ty się podziewała? - moja matka pyta, siadając na kanapie i pouczając mnie.
- Poszłam do monopolowego.
Nie uwierzyła mi, widzę to po sposobie, w jaki patrzy na mój wygląd.
- Mam zamiar pójść do sklepu spożywczego. Och, tata jest na podwórku w ogrodzie, więc nie przejmuj się nim, wiesz jaki jest w stosunku do swoich roślin. - złapała swoja listę zakupów i udała się w kierunku drzwi, następnie szybko je zamykając.
Poszłam do swojego swojego pokoju i wyciągnęłam wódkę z torebki, otworzyłam ją i wzięłam łyk ognistego płynu. Kiedy patrzę na siebie w lustrze, widzę cień ręki, więc odwracam się w stronę okna i zauważam, że to tylko gałąź drzewa.
Kręcę głową ze złością, myślę, że chyba powinnam wrócić do szpitala psychiatrycznego. Siadam na rogu łóżka i biorę kolejne łyki. Nie przestaję dopóki butelka nie zostaje pusta.
Pokój wygląda, jakby się trochę kręcił i nic nie mogę poradzić na to, że zaczynam chichotać. Widzę, jakbym miała 5 rąk, kiedy na nie patrzę. Moje ciało pada na dywan i oglądam księżyc wpadający przez okno do mojego pokoju. Czuję się niewygodnie w kurtce, więc ją ściągam jak i buty, ale wciąż się śmieję i nic nie mogę na to poradzić. Alkohol przejął kontrolę nad całym moim ciałem i podoba mi się to.
Słyszę zbliżające się kroki i automatycznie wczołgam się pod łóżko, aby się schronić.
- Aubrey? Co ty-, co do-? - chwyta butelkę i wzdycha z frustracją, wiedząc, że jestem pijana.
- Aubrey, dlaczego jesteś pijana? Wiem, że wciąż jesteś... - oglądam, jak czarna postać podchodzi do niego od tyłu i zaczynam panikować.
- Tato. - nadal kontynuuje swoje przemówienie.
- T-tato? - widzę, jak czarna postać wyciąga nóż i przeszywa nim mojego ojca.
Alkohol nie pozwala mi wstać i wierzę, że to wszystko to wciąż halucynacje.
*
*
*
*
*
Obudziłam się z okropnym bólem głowy, słysząc krzyk mamy. Nic nie pamiętam i czuję, jak wódka "wraca". Biegnę do toalety i wymiotuję, dopóki się tym nie męczę.
- Aubrey?!
- Aybrey?! - wbiega moja mama z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Co jest? Zapomniałaś kupić płatki zbożowe czy...? - pytam, wiedząc, że przesadza z czymś głupim.
Nie odpowiedziała i ciągnie mnie w dół po schodach, gdy staram się ją zatrzymać. Kiedy schodzimy widzę, że drzwi ogrodowe mojego taty są otwarte, zatrzymuje się, kiedy wchodzimy. Widzę mojego tatę. Lina zdobi jego szyję, ciało zwisa z sufitu.
- Co do diabła.
___________________________________________________
WRÓCIŁAM! <3
Subskrybuj:
Posty (Atom)