wtorek, 12 sierpnia 2014

CHAPTER 14


Siedziała na trawie otoczona tulipanami i różami, kiedy wąchała kwiaty wokół niej. Wyglądała spokojnie. Miała ogromny uśmiech na twarzy. Te idealnie błyszczące zęby. Jej brązowe włosy były teraz splecione w warkocz po jednej stronie, dając mi lepszy widok na jej piękną twarz. To był ciepły, spokojny dzień, śpiewały ptaki, kiedy teraz leżała na ziemi. I wtedy przyszedł. Johnny. Podszedł i usiadł obok niej, bawiąc się jej warkoczem, spojrzała w górę na niego z tym samym uśmiechem. Spojrzał na nią i powoli pochylił się, całując jej różowe usta. Zasłużyłem na to.
I właśnie wtedy zobaczyłem przychodzącego siebie. Widziałem to, co robiłem. Nie mogłem usłyszeć co robiłem, mogłem tylko widzieć to, co się działo. Wrzeszczałem na nich, jak jakieś dzikie zwierze. Johnny wstał i uderzył mnie, kiedy moja biedna Aubrey próbowała nas zatrzymać. Wtedy usłyszałem jej krzyk i kiedy tylko wyciągnąłem pistolet, moja wizja stała się rozmyta i kiedy wystrzeliłem, to było jakby ktoś wyłączył światła i wszystko zrobiło się ciemne.

Aubrey POV

Budzę się, słysząc Harry'ego idącego tam, gdzie się znajdowałam, zaraz obok, nie - chwila, jestem w klatce? Ach, no tak.
Drzwi szybko otwierają się i powodują trzask, kiedy zamykają się z powrotem, Harry jest po drugiej stronie. Stał tam, pot spływał po jego czole, jego koszula była zlana potem, jego twarz pokazywała strach. Bał się? Nigdy wcześniej nie widziałam go przestraszonego, widok jest faktycznie trochę smutny, ale nie jest mi go szkoda. Nienawidzę go.
Otwiera klatkę i ku mojego zaskoczeniu, wchodzi do niej, pozostawiając drzwi klatki lekko otwarte. Klęka na kolanach, jak ja i podchodzi blisko mnie. Zaczynam cofać się do najdalszego kąta, uciekając od tego potwora.
- Przepraszam. - patrzy na mnie i właśnie wtedy widzę pierwszą łzę spływającą po jego policzku. Jestem zdziwiona, widząc w nim emocje.

- Przepraszam, o boże, jestem takim okropnym człowiekiem. - chowa twarz w dłonie, zbierając wszystkie łzy, które z siebie wyrzuca.
- Wiem, że cię zraniłem, wiem, że zasługujesz na lepsze. Ale sprawiasz, że jestem szczęśliwy, sprawiasz, że jestem silny, kochanie. - spogląda na mnie, z czerwonymi teraz od płaczu, swoimi zielonymi oczami. Czołga się ku mnie, moje ciało sztywnieje. Delikatnie przyciąga mnie i przytula, chowając swoją twarz w zagłębieniu szyi. Po prostu stoję na kolanach i nie ruszam się. Mogłam poczuć jego łzy, wsiąkające w moją koszulkę i moczące szyję. Płakał tak, jak płakałoby małe dziecko przy swojej mamie.
- Proszę, przytul mnie. - zagryzam swoje usta, zastanawiając się, czy powinnam. Ale jeśli bym tego nie zrobiła, zraniłabym go.
Oplatam ręce wokół niego, słysząc jego płacz. Ale pytanie brzmiało, dlaczego tak źle się czuje? Dlaczego teraz przeprasza, po tym wszystkim, co mi zrobił? Dlaczego teraz?
- Harry, dlaczego płaczesz?
Jego szloch ustał, zabrał głowę z mojej szyi, która była pokryta łzami.
- Ponieważ jestem potworem. Nikt mnie nigdy nie pokocha. Zawsze będę tym, który kogoś kocha, ale ten ktoś nigdy nie pokocha mnie. Dlatego płaczę. Bo ty mnie nie kochasz. - Jego normalny grymas na twarzy pojawił się po raz kolejny.
- Nie rozumiem cię. Nie kocham cię, bo jesteś okrutny dla mnie i dla tych, których kocham. Nawet mnie nie znasz, znasz tylko moje odruchy, nie mnie. - Wstałam z kolan i wczołgałam do tyłu. Chwyciłam za metalowe drzwi, pchnęłam, otwierając je i wyczołgałam się.
- Czekaj! Aubrey nie waż się zamykać tych drzwi! - popatrzyłam na niego. To było wyzwanie.
- Dlaczego nie?

- Bo konsekwencje nie są najlepsze. - usiadł wciąż czekając na to, co mam zamiar dalej zrobić.
Zatrzasnęłam drzwi klatki.
Kiedy to zrobiłam, wstał z podłogi, próbując mnie złapać, ale byłam dość szybka, aby odsunąć się. Jego ręce migotały wszędzie dokoła klatki, próbując złapać cokolwiek, ale bez skutku.
- Potwór zasługuje na to, aby siedzieć w klatce.
Wyszłam z piwnicy, słysząc jego wrzaski, każące mi wrócić i otworzyć klatkę, ale ja szłam, nagle zdając sobie sprawę z tego, że bransoleta na nodze nie da mi uciec. Wiedziałam, że jakoś uda mu się stamtąd wydostać, powodując u mnie wzrost strachu.

Nie było już słychać jego krzyków, pewnie zmęczył się, próbując zwrócić moją uwagę, abym otworzyła klatkę, wiedząc, że tego nie zrobię.
- Nigdy nie się nauczysz, prawda?
Kurwa.
Znowu wszystko pociemniało.

------

Obudziłam się w ciemnym miejscu, sądzę, że to klatka? Naprawdę nie mam pojęcia.
- Aubrey? Aubrey kochanie, obudziłaś się?
Wstałam, rozglądając się dokoła i próbując dowiedzieć, gdzie jestem.
- Nie możesz mnie zobaczyć, możesz tylko mnie słyszeć. Zostawiłem latarkę na ziemi, więc nie będzie dla ciebie tak ciemno.
Czołgałam się, przeszukując ręką ziemię, aż w końcu poczułam latarkę. Włączam ją. Wielki błąd.
Byłam pod ziemią. Pochował mnie żywcem. Ale nie tylko. Pochował mnie żywcem z ciałem mojego martwego chłopaka.
Roześmiał się, słysząc mój krzyk.
- Dobranoc kochanie, nie pozwól, aby twój zmarły chłopak cię dopadł.

___________________________________________________________

Kochane! 

Przepraszam za tak długą nieobecność, obiecuję poprawę. <3 Od teraz rozdziały będą dodawane częściej. Bardzo cieszy mnie tak duża ilość odwiedzin oraz komentarzy, jestem taka szczęśliwa! Dziękuję!

Całuję, Ann. :*

wtorek, 22 lipca 2014

CHAPTER 13


Aubrey's POV

Starałam się biec w kierunku drzwi, ale byłam porażana prądem w kółko i w kółko. Kiedy tylko próbowałam podejść bliżej okna albo drzwi, uczucie elektrowstrząsu przechodziło przez całe moje ciało. Nie mogłam go powstrzymać. Nie miałam kontroli nad sytuacją, on zamierzał zabić jedyną osobę, którą kochałam na tym świecie i chciał zabrać go z dala ode mnie, jak wszystko, co kiedykolwiek kochałam zawsze było mi odbierane albo zostawiali mnie tak, jak każdy inny by to zrobił.
Chodziłam szybkim krokiem po kuchni, czekając na jego powrót z nadzieją, że nie zrobił nic, co mogłoby mnie zniszczyć.
Weszłam do jego sypialni nadal wariując i usiadłam na niepościelonym łóżku. Spojrzałam na szafę naprzeciw mnie i zobaczyłam zdjęcie w ramce, które przykuło moją uwagę. Przedstawiało ono mnie, siedzącą na huśtawce na placu zabaw. Moje włosy były rozwiane do tyłu, jak wiał wiatr, a ja patrzyłam na niebo. Ramka zdjęcia była czarna i stara z różą po boku.
Nie mogę uwierzyć, że ma moje zdjęcie w swoim pokoju.

-

Czekałam i czekałam, co wydawało się być wiecznością, modląc się, że Johnny'owi nic się nie stanie.
Jak tylko usłyszałam otwieranie drzwi frontowych, wybiegłam z jego pokoju i zatrzymałam się kiedy go zobaczyłam. Jego biała koszulka pokryta była krwią, jak i buty oraz spodnie. Miał grymas na twarzy kiedy spojrzał na mnie, jego broń spadła na brudną podłogę i głośnym hukiem. Zaczęłam się wachlować, wyobrażając sobie, co mu zrobił. Jak on mógł?
- P-proszę, powiedz mi, że nie zraniłeś go.
Wziął głęboki wdech i chwycił mnie.
- Nie. Nie zraniłem go. Zabiłem go. - Jego twarz była cale on mojej, a ja odwróciłam się tylko po to, aby zostać pociągnięta za włosy i przyciągnąć z powrotem, jeszcze bliżej.
- Nie martw się, teraz ty i ja może się udać. Prawda? Kocham cię. - miał zaschniętą krew na lewym policzku, a jego oczy były jasno zielone.

Harry's POV

Jej duże brązowe oczy wyglądały na smutne, kiedy spuściła wzrok na ziemię. Jej brązowe włosy wciąż były w mojej garści i mogłem poczuć zapach jej szamponu. Zaczęła płakać i kiedy chciałem wygodnie ją położyć, ta zaczęła krzyczeć i wrzeszczeć, jaki to ja jestem szalony, co śmieszyło mnie. Ja? Szalony? To niemożliwe. Wszystko ze mną w porządku. Ona po prostu jest dziwką. Zrobiłbym wszystko dla tej dziewczyny, a ona nawet nie podziękuje?
- Dlaczego płaczesz? Zamknij się i idź zrobić mi coś do jedzenia! - odpycham ją od siebie, wstaję i biorę moją piękną broń, aby ją wyczyścić.
Jej szloch słychać przez całą drogę do mojego pokoju. Mój boże, dlaczego chociaż raz nie może być spokojna? Zrobiłem jej cholerną przysługę, zabijając tego idiotę, powinna być mi za to wdzięczna.
- Zamierzasz dać mi coś do jedzenia czy co? - moja niecierpliwość wzrasta, a ona nadal siedziała na podłodze płacząc.
- Dlaczego?
- Dlaczego co? - zapytałem.
- Dlaczego mnie nienawidzisz? Zabiłeś moją prawdziwą miłość. - Miałem dość.
- Naprawdę? Naprawdę tak myślisz!? - chwyciłem ją i pociągnąłem za sobą na strych.
- Puść mnie! - pochyla się w kierunku podłogi, aby powstrzymać mnie od prowadzenia jej. Przerzuciłem ją sobie przez ramię i wrzuciłem do klatki.
- Teraz jeśli nie będziesz na tyle miła, aby mnie docenić, strzelam, że będziesz musiała spać tutaj ze szczurami. - zamknąłem metalowe drzwi i zablokowałem je, upewniając się, że stąd nie wyjdzie.
- Nienawidzę cię.
- Kocham cię.

---

Minęło trochę czasu, odkąd ją ostatni raz słyszałem. Nie było już słychać jej krzyków i szlochu.
Spojrzałem na zegarek.
02:16.
Myślę, że nadszedł czas, aby ją nakarmić.
Kopnąłem stare, drewniane drzwi i zobaczyłem ją, leżała w klatce na ziemi, wyglądała na zmęczoną jak nigdy. Jej włosy były w nieładzie, jej długie rzęsy leżały nad kośćmi policzkowymi, wyglądała na wymęczoną od nadmiaru płaczu.
Teraz, kiedy doszło to do tego momentu, w którym w końcu zrozumiałem jakim potworem jestem, zrozumiałem też jak bardzo nienawidzę siebie. Zacząłem przypominać sobie jak dzieci w szkole śmiały się ze mnie, że nie będę miał przyjaciół. Że nigdy nie będę mógł mieć dziewczyny, kogoś, kto będzie kochał mnie tak bardzo, jak ja kocham jego.

Ale hej, jeśli nie mogę kogoś takiego mieć, to dlaczego by go nie ukraść?  

___________________________________________________

Jest nowy rozdział! Przepraszam za tak długi okres nieobecności, moje życie wywróciło się o 180 stopni, przez co niewiele czasu pozostaje mi na Bloga, ALE postaram się dodawać rozdziały częściej. :)
dziękuję za komentarze! :*

wtorek, 8 lipca 2014

CHAPTER 12.


Aubrey POV

Moje oczy otwierają się, kiedy tylko powracam do życia. Byłam spokojna przez sekundę, dopóki nie zaczęłam przypominać sobie, co się stało. Rozglądam się gorączkowo, wciąż byłam w łóżku, ale nie sama, on był zaraz obok mnie, gapiąc się na mnie.
- AA-
- Uspokój się, nie każ mi użyć tego guzika znowu. - przyciska dłoń do moich ust i patrzy na mnie. Kiwam, a on puszcza mnie.
- Teraz chciałbym przeprosić za ostatnią noc... - spojrzał na sufit, jak gdyby przeprowadzał wewnętrzną dyskusję.
Przesuwam się na koniec łóżka, ale on szybko łapie mnie na talię i przyciąga bliżej siebie.
- Zamierzam cię rozwiązać, ale musisz obiecać, że nie odejdziesz... jak ona... - moje serce staje na ten komentarz i kiwam głową. Nie chcę zadawać żadnych pytań, bo zdenerwuje się, a po ostatnim doświadczeniu tego nie chcę przez to przechodzić jeszcze raz.
Rozwiązuje mi ręce oraz nogi i siada. Moje nadgarstki płoną i nie wydaje mi się, aby mogła za bardzo ruszyć nogami.
- Zaraz wrócę Aubrey i jeśli będziesz próbowała uciec - cóż, nie dasz rady, więc nie muszę się tego obawiać, więc chodź tam, gdzie będę cię widzieć. - wstaje i zakłada wielkie, ciężkie buty, które nosi mężczyzna pracujący na budowie i wychodzi, zamykając za sobą drzwi.
Szybko wstaję z łóżka, delikatnie otwieram drzwi, wychodzę i szukam okna albo drzwi i kiedy zauważam okno, słyszę zamykanie frontowych drzwi oznaczające jego powrót. Podchodzę blisko okna, ale w chwili, kiedy jedną stopą jestem za okno, odczuwam ten sam szok, którego doświadczyłam wczoraj. Spadam w tył z krzykiem i czuję wstrząsy przechodzące znowu przez moje ciało. Kiedy się uspokajam, słyszę kroki, ale moje ciało nie jest w stanie się ruszyć.
- Mówiłem ci, tym razem stąd nie uciekniesz kochanie, ani teraz, ani nigdy. - patrzy na mnie z góry i uśmiecha do mnie, jak gdyby podobało mu się to. Chory idiota.
- Mam dla ciebie prezent powitalny. - wstaję i odsuwam się od niego.
- Nie, nie, nie, chodź tutaj. - pokazuje palcem w geście podejścia. Podchodzę do niego powoli, stając twarzą w twarz.
Wręcza mi bukiet białych róż związanych razem białą wstążką. Myśl, że mógł je sam ściąć daje mi nadzieję, że ma serce i może, ale tylko może, będzie dla mnie miły i wypuści mnie z powrotem do domu.
- Proszę, weź je, są dla ciebie... tylko dla ciebie. - niepewnie biorę je i spoglądam na niego.

- Dziękuję...?
- Nie dziękuj mi... Zasługujesz na to i na dużo więcej. - robi krok bliżej mnie, a ja zmuszam się, aby się nie ruszyć. Moje oczy mocno się zaciskają, kiedy czuję jego dłoń na moim policzku. Moje dłonie trzymają róże w przerażeniu.
- Wiesz, że Johnny nigdy cię nie kochał. - otwieram oczy i odsuwam się od niego wypuszczając róże z rąk.
- Co?
- Jego rodzice kazali mu być z tobą. Twoi rodzice są dość bogaci, a jego rodzice potrzebowali pieniędzy, aby zapłacić za jego collage, on cię nie kochał, a ja tak...
Ciągle gada bzdury, a ja patrzę na niego jak na wariata i zastanawiam się, jak wciągnęłam się w tej bajzel?
- ... I dlatego należysz do mnie.
- Harry, posłuchaj mnie... Nie znam cię, nie kocham cię. I jeśli kiedyś się spotkaliśmy to przepraszam, ale nie pamiętam cię. Wydajesz się być miłym człowiekiem, ale ledwo cię znam.
Cisza.
- Jak możesz tak mówić, kochanie? Przestań grać w jakąkolwiek grę grasz i wróć do mnie. Wiem, że wciąż tam jesteś. - chwyta mnie za ramiona i zaczyna potrząsać, jakby chciał mnie obudzić.
- Przestań mnie okłamywać, okłamywać siebie! - jego krzyk wypełnia cały mały dom.
- Co Johnny ci zrobił?! - patrzy na mnie z zainteresowaniem, udając, jak gdyby Johnny był tutaj złym facetem, przed którym trzeba mnie uratować.
- Nic?! Gdzie ty do cholery idziesz!? - jestem zaskoczona swoim wybuchem, ale widząc go opuszczającego próg domu, martwi mnie.
- Zamierzam iść zabić tego dupka Johnny'ego za wypranie ci mózgu z twojej miłości do mnie! - trzaska drzwiami i wsiada do białej furgonetki.

Jedzie zabić jedyną osobę, którą kocham na tym świecie...

____________________________________________________________

dziękuję za każdy pozostawiony komentarz! <3